Śmiesznie i strasznie
Z pewną taką nieśmiałością zaczynam rozmowę z Panem, bo według Pana kobiety są głupie i mało kreatywne...
Nieprawda, kobiety w moich książkach i sztukach są zawsze lepsze od mężczyzn...
Czyli z kobietami można się przyjaźnić?
(Chwila milczenia) Noo, przyjaźń z kobietą jest możliwa, ale ma prawie zawsze jakiś podtekst erotyczny. Ja się przyjaźnię z kilkoma kobietami.
Pan dużo mówi i pisze o sukcesie i porażce. Co jest bardziej inspirujące, co bardziej dopinguje do działania?
Sukces i porażka to część życia, należy je traktować jako rzecz normalną - właśnie tego dowiedziałem się w Nowym Jorku. To miasto uczy twardości, czyli umiejętności wygrywania i umiejętności przegrywania. Nie wiem, co jest trudniejsze - wygrać z godnością czy przegrać z godnością. Co jest bardziej inspirujące? Pasmo klęsk nie dodaje raczej chęci do walki. Sukces potrzebny jest do życia. Natomiast porażki i upokorzenia bardzo dobrze robią artyście, bo często motorem działania jest chęć odwetu. Jak ktoś mi strasznie przyłoży, wtedy z furią biorę się do pisania.
No właśnie, podobno jak Pana wyrzucili z PWST, to został Pan krytykiem, by opisywać tych, którzy Panu przyłożyli...
Tak, zacząłem pisać recenzje teatralne, żeby przyłożyć moim profesorom, którzy uznali - słusznie zresztą- że jestem zupełnie pozbawiony talentu aktorskiego. Tak naprawdę wyrzucono mnie za cynizm, bo za sam brak talentu ze szkoły teatralnej się nie wyrzuca. Wystarczy włączyć telewizję albo iść do teatru, aby się o tym przekonać.
Porozmawiajmy jeszcze o sukcesie. Co jest miarą Pana sukcesu?
Ja wiem? Jak przyjechałem do nowego Jorku, to pewne nazwiska były dla mnie legendą. Nie bardzo nawet wierzyłem, że Paul Newman czy Arthur Miller naprawdę istnieją. Myślałem o nich jak o legendach mojej młodości, a nagle okazało się, że ci ludzie czytają moje sztuki, interesują się mną... Poza tym za duży sukces uważam to, że żyję z pisania, czyli z tego co lubię robić. Ale tak naprawdę pojęcie sukcesu jest umowne i ma wiele odcieni. Wielki i prawdziwy sukces ma na przykład Roman Polański, którego zna cały świat.
Arthur Miller zainteresował się Pana sztukami i...
On mi w Ameryce najbardziej pomógł. Ten słynny amerykański dramaturg przeczytał "Kopciucha", spodobała mu się, i wysłał ją do najlepszego teatru w Nowym Jorku. To był wspaniały człowiek, taki amerykański Europejczyk albo europejski Amerykanin, przyjaźnił się z pisarzami stąd i stamtąd, był niesłychanie otwarty.
Która z Pana sztuk zadecydowała o sukcesie ?
"Polowanie na Karaluchy". To historia o parze emigrantów przerażonych Nowym Jorkiem. To był ogromny sukces, również komercyjny. Sztuka była grana w 50 teatrach w Ameryce i potem na całym świecie. "Antygona w Nowym Jorku" też poszła świetnie, ale nie aż tak. Była grana również w Europie, została przetłumaczona na ponad 20 języków.
Co jest najtrudniejsze w akcie twórczym...
Trzeba próbować pisać coś, co ma sens, co jest ważne i umieć to napisać. Ja jestem pesymistą, uważam, że bardziej niż internet łączy dziś ludzi poczucie depresji. Ta depresja jest wszechogarniająca. Zauważyłem ją, kiedy byłem w Rosji, ale Ameryka też ostatnio posmutniała i to jest dla mnie ważne. Piszę na ogół tragikomedie - utwory i śmieszne i straszne. Uważam, że nie ma lepszego sposobu wypowiadania się o rzeczach tragicznych niż ironia. W ten sposób próbuję przyjrzeć się światu, zastanowić się nad nim. Nie sądzę żebym znalazł jakieś odpowiedzi, ale uważam, że literatura powinna stawiać pytania.
A bariera językowa?
Pisanie w obcym języku to koszmar, chyba, że wyjedzie się jako dziecko. Dlatego polska literatura właściwie w Ameryce nie istnieje. Ja mogę pisać sztuki po angielsku, ale wymaga to później czyjejś pomocy. "Antygonę w Nowym Jorku" napisałem po angielsku, ale potem jeszcze sporo czasu siedziałem nad nią z amerykańską pisarską. Na ogół w przekładzie, nawet dobrych tłumaczy, dwadzieścia procent utworu ginie, zwłaszcza, że ja piszę cienko, ironicznie.
Jaka jest obecnie rola pisarza? Scenarzysta tasiemcowego serialu czy autor tekstów na podkoszulkach to przecież dzisiaj wybitny twórca ...
Kiedyś było tak, że ludzie starali się dorastać do sztuki, a teraz sztuka dopasowuje się do ludzi. Światem rządzą pieniądze - to jest najnowszy piąty żywioł. To też jest cząstka mojej depresji: schamienie i dewaluacja kultury. Kiedyś, aby brać udział w kulturze trzeba było chociaż nauczyć się pisać i czytać, dzisiaj wystarczy umieć naciskać guzik w pilocie telewizora. Ale to smutne i nie zamartwiajmy się już tym...
Szykuje Pan zamach na Hollywood?
Zamach na Hollywood to ja szykuję od bardzo dawna ale ze średnimi efektami. Hollywood skutecznie się broni (śmiech). Sprzedałem tam 5 scenariuszy. Kupili je, ale nie zrealizowali. Do dwóch rozpoczęto nawet zdjęcia, ale z różnych względów, projekty upadły. W Hollywood trzeba koło swoich spraw nieustannie chodzić. Opowiem taką anegdotę. Miały rozpocząć się zdjęcia do "Polowania na Karaluchy" i woził mnie i jedną z producentek włoski szofer. Słuchał rozmów, które prowadziliśmy. Na końcu dał mi wizytówkę i powiedział: "jeżeli film wyjdzie, to mnie wynajmiesz, a jeżeli nie, to przyjdź do mnie, dam ci pracę". Jest to bardzo nowojorskie: huśtanie się między sukcesem i klęską.
"Z głowy" to powieść autobiograficzna, ale zastanawiam się, czy naprawdę jest szczera aż do bólu czy to tylko pozory, a Pan powiedział tylko tyle, ile chciał.
Tę książkę pisałem trochę jak powieść, której jestem głównym bohaterem. Pewne rzeczy są w niej zmyślone, ale są to zmyślenia prawdziwe, to znaczy takie, które nawet jeżeli się nie zdarzyły, to powinny się zdarzyć. Nie należy tego traktować jako dokument mojego życia- jest to jakaś kreacja. Ta książka została dobrze przyjęta, co bardzo mnie ucieszyło. Przekonałem się, że na pisaniu można w Polsce coś zarobić.
A tak naprawdę to lubi Pan Amerykę? Powieść "Ostatni cieć" jest raczej zjadliwym i cynicznym obrazem amerykańskiej rzeczywistości...
W Ameryce są dwa fascynujące miejsca: Los Angeles i Nowy Jork. A właściwie Nowy Jork i Los Angeles. Z resztą bywa różnie.
Ameryka to kraj wspaniały, ale i straszny. To nie przypadek, że największa literatura powstaje właśnie w Ameryce. Tam jest ogromne stężenie dramatu. Sukces i katastrofa chodzą pod rękę. Tam mi się dobrze pisze, tamtejsza energia mi służy. Czy ja to lubię? Lubię.
Dwadzieścia kilka lat temu, tuż przed stanem wojennym, kiedy znalazł się Pan po raz pierwszy w Nowym Jorku, był Pan mało znanym polskim emigrantem. Co takiego jest w człowieku, że każe mu walczyć, przeć do przodu...
Chęć sprawdzenia się. Przed wyjazdem byłem uznawany za pisarza "warszawki", w Ameryce, znalazłem się w sytuacji zupełnie dla mnie nowej i zaczynałem od początku. Bardzo byłem ciekawy, czy w tym straszliwie trudnym kraju, mogę zaistnieć jako pisarz Janusz Głowacki. Teraz wiem, że mogę.
Źródło: www.magazyntopclass.pl












































































































