Jestem... człowiekiem, który się spełnia.
Będę... człowiekiem, który jest zadowolony z tego, co robi.
Marzę o... aby po mojej śmierci, idee które są mi bliskie można było dostrzec, że się realizują.
Praca jest dla mnie... sensem życia.
W wolnym czasie robię... to, co jest dla mnie sensem życia.
Spotkanie z prof. Haliną Machulską trudno jest nazwać zwykłym spotkaniem z prośbą o wywiad. To spotkanie, które inspiruje do działania, to spotkanie które uwalnia to, co w nas siedzi głęboko. Słuchanie prof. Machulskiej to jak czytanie dobrej książki w domowym zaciszu. Na pytanie czy jest Pani Kobietą Sukcesu, odpowiada ej tam… sukces, sukces… pewnie, że jestem Kobietą Sukcesu: miałam męża i syna- dwóch silnych mężczyzn, dwie indywidualności i ode mnie zależało, jakie będą te relacje, ode mnie zależało czy to wszystko będzie trzymało się kupy…. Miałam kino, teatr, stowarzyszenie i szkołę… i ze wszystkim doskonale sobie radziłam…. Mimo swoich 80 lat doskonale odnajduje się w pracy zawodowej/ choć jest już na emeryturze/ zarządza ukochaną Szkołą Teatralną. Jej kalendarz wypełniony jest po brzegi… mam dusze 18 latki- mówi o sobie….. a to wszystko dzięki dramie. Drama to narzędzie, którego jest gorącą zwolenniczką. Jak sama mówi dzięki dramie jest tu i teraz. Uważa, że drama stwarza sytuacje, w których ona/czy jej uczniowie mogą identyfikować się z innymi osobami czy rzeczami, zagrać rolę czyjejś postaci, wczuć się w inną osobowość.
Spróbuje więc choć trochę oddać naszą rozmowę.
Pani Profesor to możemy zacząć jedynym słowem?
Jak to jednym słowem...?
A jednym słowem...
Pani Profesor co Panią skłoniło/przekonało do tego, aby udzielić wywiadu dla Managera na obcasach?
Wychowanie, specjalny układ rodzinny, w którym była starsza siostra- takie poczucie odpowiedzialności za nią. Ona cały czas miała żal, że jest nie kochana, że wszyscy są zainteresowani jej młodszą siostrą- mną. Takie poczucie winy wobec niej sprawiło, że zaczęłam interesować się tym, co ludzie myślą o innych ludziach, co myślą o sobie samych. Zaczęłam zauważać bardzo wcześnie jak jestem potrzebna/niepotrzebna dla innych. I dostrzegałam, że im bardziej interesuję się kolegami/koleżankami z podwórka tym bardziej jestem lubiana, ceniona. I to chyba rozwinęło we mnie takie harcerskie/społeczne potrzeby. Byłam założycielką podwórkowego teatrzyku. Teatr właściwie interesował mnie od początku, bo czułam, że mam w tym kierunku jakieś predyspozycje, po ojcu zresztą. Był amatorem. I organizowałam teatry podwórkowe z moimi 12 letnimi kolegami. To było tuż przed wojną. I od tamtej pory, jeżeli ktoś mi proponuje udział w ciekawej inicjatywie, to gdy tylko pozwala mi kalendarz- udzielam się. Trzeba wspierać ciekawe pomysły, trzeba wspierać ciekawe osoby...
Duży wpływ miało na Panią ówczesne otoczenie?
Ogromne. Mieszkałam na podwórku, na którym mieszały bardzo biedne dzieci. I ten kontrast między dziećmi bogatych rodziców i biednych był ogromny. Bardzo wcześnie to zauważyłam i bardzo mnie to bolało. Nawet mama jak dawała mi chleb z masłem i jakąś wędliną, to mówiłam: mamo pusty, pusty. Bo moi koledzy, których obserwowałam u dozorcy jedli pusty chleb. Zrodziła się wtedy taka potrzeba pomagania innym. To właściwie żadna moja zasługa, to wrażliwość i wychowanie dane mi przez rodziców. Zawsze miałam prospołeczne nastawienie. Gdy poszłam do liceum, uczyłam młodsze od siebie dzieci. Miałam wtedy siedmioro uczniów. Robiłam to, bo sprawiało mi to ogromną przyjemność. To nie była żadna praca społeczna czy ofiarność.
Konsekwencją więc Pani zamiłowania społecznego jest Stowarzyszenie Teatrów dla Dzieci i Młodzieży ASSITEJ?
Tak. To Stowarzyszenie było stworzone przeze mnie wbrew mojemu mężowi. Mój mąż miał potrzebę realizowania siebie przez siebie. Jemu to Stowarzyszenie nie było potrzebne do tego, aby był sławny, lubiany. A ja dzięki niemu się realizowałam, mogłam pomagać.
Debiutowała Pani na deskach teatralnych w 1955 roku… jaka była wtedy rzeczywistość?
W 1949 roku, w 20 rocznicę moich urodzin przespałam w więzieniu. Obudziłam się w tym więzieniu za chęć nielegalnego wyjazdu do Szwecji. Prowodyrem był mój chłopak- Andrzej, który miał mnie tam poślubić, był powstańcem Warszawy, mieszkał w Łodzi i miał schowaną broń. Po odkopaniu broni, kupiliśmy bilety z Łodzi do Gdańska. Przespaliśmy noc w hotelu, następnego dnia rankiem ruszyliśmy na lotnisko do Wrzeszcza i zobaczyliśmy, że stoją tam takie dziwne samochody, przykryte plandeką. Potem wyczytano chłopców, w tym mojego Andrzeja, a my czekałyśmy pół godziny, zanim nas wyczytano. Gdy weszłyśmy do samolotu, nasi chłopcy już siedzieli w kajdankach. Andrzej siedział 7 lat, najpierw dostał dożywocie. Ja dostałam 5 lat, a w sumie siedziałam w więzieniu 1,5 roku. Później była rewizja procesu, sądził sąd cywilny. Andrzej dostał 15 lat, ja dostałam 1 rok, ale odsiedziałam już 1,5 roku… czego w żaden sposób władze nie mogły mi już zwrócić. Jak wyszłam z więzienia, nie mogłam wrócić na uczelnię- dziekan nie chciał mnie przyjąć, a byłam wtedy na polonistyce na Uniwersytecie w Łodzi. Gdyby mnie przyjął, sam by musiał się zwolnić. Takie wtedy były czasy. Przez kolejne dwa lata, co miesiąc jeździłam do Sztumu do więzienia, do Andrzeja. Przez pół roku pracowałam w Zakładach Marchlewskiego, chcieli mnie przyjąć na „prządkę”. Ale Pani, która była wtedy szefem sekretariatu powiedziała, to ja nie mam człowieka z maturą, który może przyjmować pisma przychodzące z różnych stron świata, a wy ją chcecie na „prządkę”. Nie zgodziła się z tym i zatrzymała mnie w sekretariacie. I wtedy też zapisałam się do teatru amatorskiego, grałam nawet Agafią Tichonową w „Ożenku” Gogola. Przyjechaliśmy na festiwal do Warszawy, zdobyliśmy wyróżnienie, a ja sama miałam dobre oceny i czułam się upoważniona, żeby dalej zdawać do szkoły. I wtedy studiowałam pedagogikę- to był najbardziej specjalistyczny wtedy przedmiot. Władze Uniwersytetu w Łodzi przyjęły mnie od razu na drugi rok, a po 4 latach zdobyłam dyplom magisterski i zdawałam do Łódzkiej Szkoły Aktorskiej. Najpierw jednak napisałam list do Andrzeja, aby się zgodził, abym zdawała do wymarzonej Szkoły Aktorskiej. Takie były zasady. On niestety napisał, że się nie zgadza. I tak się rozstaliśmy. To był koniec naszego związku. A ja miałam taki pokręcony przez życie debiut.
Jakie trzeba mieć cechy, żeby być dobrym aktorem?
Zdolność życia fikcją. To pierwszy warunek.
Ale ta umiejętność niebezpiecznie przenosi się to na życie codzienne…
O tak, jak ktoś nie ma etyki, nie ma motywacji do etycznego życia, to wykorzystuje tą zdolność życia fikcją do tego, żeby mieć korzyści tu i teraz. Krótko mówiąc zdolność życia fikcją jest bardzo niebezpieczna, ponieważ kusi do tego, żeby kłamać- bo to tak łatwo wtedy przychodzi. Jeżeli człowiek nie ma w sobie głębokiej wiary w sens mówienia prawdy, determinacji, nawet żeby się narażał to wtedy łatwo mu zejść na manowce, wybrać źle. I dlatego moją osobistą motywacją prowadząc tę szkołę jest to, aby pokazywać skutki mówienia nieprawdy.
Drama jest ważnym elementem w Pani życiu...
Drama jest moim sposobem na życie. Bardzo często wchodzę w role osoby, z którą mam jakiś kontakt i konflikt. I myślę sobie, jak teraz spojrzę na siebie poprzez pryzmat jego widzenia, wcale nie dziwie się, że się obraził. Zaraz sobie wyobrażę, że mi wybacza, a ja znajdę sposób, żeby go przebłagać… to jest drama- zdolność wchodzenia w rolę z innej pozycji. I tego uczę moich studentów. I to daje bardzo duże rezultaty, ja ich rozumiem, oni mnie rozumieją. My mamy kontakt ze sobą, wystarczy spojrzeć i już wiem co jest na rzeczy.
A jak w umiejętności życia fikcją odnajdowała się Halina Machulska?
Ja sama… przysięgłam sobie, że zawsze będę móc prawdę, nawet jeśli będą to rzeczy, które mi szkodzą. Ale ponieważ już taka jestem, ze lubię się narażać, zawsze mówię prawdę i żyję zgodnie ze swoimi wartościami. Zawsze można jeszcze wybrać milczenie, które jest wieloznaczne… ale tak czy inaczej jest lepsze niż kłamstwo, które może szkodzić nie tylko mnie, ale całej grupie.
Wielu Aktorów powołuje się w wywiadach, że Pani działanie było bodźcem do...
(śmiech) tak do mnie także dochodzą takie głosy… to ogromny zaszczyt. Nie będę wymieniać moich „sławnych” wychowanków, bo jeszcze bym kogoś pominęła… ale to sukces, jeżeli wychowankowie powołują się na nauczyciela. Wszystkim pedagogom tego życzę.
A taka najbardziej charakterystyczna osoba...
Edyta Jungowska. Uważam, że to jedna z najlepszych moich uczennic i także ze mną pracuje. Ona zawsze miała swoje zdanie, swoją wizję i charakter. Była tak indywidualna, że bardzo mi to imponowało. Bardzo ją cenię jako człowieka, ona łączy wszystkie te cechy, którym ja hołduję. Jest uczciwa, prostolinijna i niesamowicie utalentowana.
Pani Profesor miała Pani w domu dwóch silnych mężczyzn, dwie indywidualności. Jak się z nimi żyło? Teraz można by było powiedzieć jak się nimi zarządzało?
(śmiech) to bez wątpienia było „zarządzanie” w formie dialogu jeżeli chodzi o syna. Jeżeli chodzi o męża to umiejętność pójścia przeze mnie na kompromis. Mój syn jest bardzo wrażliwym człowiekiem, który trochę ucieka przed tą swoją wrażliwością, przed wykorzystywaniem go. Był bardzo samodzielnym dzieckiem. Pozwalałam mu popełniać błędy. W miarę upływu czasu, miał nawet pretensje, że mu nie przeszkadzałam w jego wyborach. Ale tak sobie myślę, że gdybym mu przeszkadzała nie „dorósł by do dojrzałości”. A przecież każdy z nas musi ponosić trud złych decyzji. Forma dialogu to najlepsza forma wychowania, zarządzania…. Bo jak się tylko zarządza to można spotkać się tylko z buntem.
Małżeństwo Jana i Haliny Machulskich uchodziło za idealne… co jest ważne, aby przeżyć te 50 lat... w zgodzie w harmonii?
(śmiech) To dlatego, że byłam tolerancyjna i potrafiłam i chciałam chodzić na kompromisy. Doskonale porozumiewaliśmy się na poziomie zawodowo- pedagogicznym, bo mój mąż również był świetnym pedagogiem. I co najważniejsze byliśmy przyjaciółmi.
W ubiegłe wakacje dokonała Pani odsłonięcia pomnika postawionego na cześć Pani męża- Jana Machulskiego na Promenadzie w Międzyzdrojach. Jakie uczucie wtedy Pani towarzyszyło?
Wszystkie hołdy, które ktoś składał mojemu mężowi były przeze mnie akceptowane, a tym bardziej jak poprosił mnie ktoś, kogo znałam. Wiedziałam też, że ta uroczystość nie byłaby tak ważna bez mojej obecności. A po drugie w ten sposób chciałam uczcić pamięć mojego męża. Dla niego przecież to też ogromne wyróżnienie.
Skąd w Pani tyle optymizmu?
Tak, jestem niepoprawną optymistą. Powtarzam sobie, że co nas nie złamie, to nas wzmocni. Dlatego jak mantrę mówię do siebie: nie daj się, nie daj się. A poza tym lubię prowokować trudne sytuacje, a właściwie one mnie prowokują, aby je przezwyciężać.
Wierzy Pani w przeznaczenie?
Głęboko wierzę w to, że istnieje jakaś siła, która wspiera dobro.
Pani Profesor od początku była Pani samodzielna finansowo i zawodowo. To była świadoma decyzja?
Tak, dziś myślę, że tak. Byłam samodzielna i dzięki temu, że byłam i niezależnie od męża potrafiłam organizować sobie życie, potrafiłam myśleć kategoriami co mogę zrobić dobrego innym, ale głównie mojemu synowi. To mi ułatwiało życie. Stwarzało perspektywę świata otaczającego, pomyślałam, ze to jest fajny styl życia, że człowiek może się zdobyć na poświęcenie na ofiarę, a jednocześnie mieć z tego zadowolenie. I staram się moich uczniów tak prowadzić.
A czy mężczyźni się obrażają?
Chyba nie.
Lepiej pracuje się z mężczyznami czy z kobietami?
Ja nie uznaję podziału. Pracuje mi się dobrze i z kobietami i z mężczyznami. W szkole też. Nie ma dla mnie różnicy. Choć zdaje sobie sprawę z różnic między płciami. W codziennej pracy uważam, że do mężczyzn trzeba podchodzić zupełnie inaczej. Mężczyzna jest bardziej narażony na kompleksy. Trzeba go bardziej dowartościować, nie drażnić. Ja nie jestem osobą, która manipuluje, ale nie lubię stagnacji.
Czyli lubi Pani wkładać kij w mrowisko?
Ależ oczywiście, to mi daje zapal do pracy. Inaczej bym się nudziła. I wszyscy inni także by się nudzili.
Pani Profesor a parytety… co Pani o nich myśli? Czy rzeczywiście kobietom są potrzebne?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, bo nigdy nie miałam kompleksów związanych z pracą. Jeżeli chciałam coś osiągnąć, to konsekwentnie do tego dążyłam, ale nie za wszelką cenę. O nie! Takiego podejścia nie uznaję. Zawsze poza tym miałam poczucie, że dużo ode mnie zależy, a jeżeli rezygnuję to zupełnie świadomie. Ja decyduje o tym czy z czegoś rezygnuję. Nikt mi nie musiał podawać, ani nikt mi nie musiał odbierać. Można powiedzieć, że prowokują mnie trudności...
Prowokują Panią trudności?
Oczywiście. Trudności mnie podniecają. Jak pojawiają się trudności w moim życiu to od razu lepiej mi się pracuje.
A co Pani myśli o feministkach?
Jeżeli są to osoby, które mają odwagę, aby się do tego przyznać to je szanuję i akceptuję. Ja się nigdy nie deklarowałam w takie „związki”. Ale one mają może w tym jakąś rację?!
Ma Pani mnóstwo zajęć. Jak Pani to organizuje?
Mam talent organizacyjny, doświadczenie. Byłam harcerką. Organizowałam obozy, ognisko teatralne.
A ma Pani czas na czytanie książek?
No pewnie, wakacje poświęcam na czytanie książek. Niestety nie pamiętam tytułów, ale to co czytam to najczęściej dzieła spod pióra laureatów nagród literackich. Ponieważ to są perełki literatury. I nawet jak książka mi się jeszcze nie podoba, to tym bardziej podnieca mnie to, żeby ją skończyć. Bo jeżeli ten autor dostał nagrodę, to coś w niej być musi. Mój Julek jako namiętny czytelnik książek podrzuca mi różne pozycje.
A wolny czas?
Teraz z racji wieku wolny czas spędzam na odpoczynkach. Bo teraz wychodząc ze szkoły czuję się po prostu zmęczona. Do tego dochodzą codzienne problemy związane z zarządzaniem jednostką: czy będą pieniądze na wynagrodzenia, na opłacenie czynszu za lokal.
Pani Profesor mówi się, że kobieta o swoim wieku nie rozmawia, ale zróbmy wyjątek. Skończyła Pani 80 lat, a ja mam wrażenie, że rozmawiam z rówieśniczką? Jak Pani to robi?
Dzięki dramie. Dzięki zdolności życia fikcją. Np. teraz sobie mówię spójrz na to oczami młodej dziewczyny, na to co teraz robisz. Masz z nią kontakt, czujesz jak ona myśli i mnie to pomaga.
Życząc więc spełnienia wszystkich marzeń serdecznie dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Agnieszka Tobota
Halina Machulska
Aktorka, reżyserka teatralna, ur. 2 marca 1929 Łódź, Polska. Na teatralnych deskach debiutowała w roku 1955 rolą Hanki Dobrzańskiej w „Maturzystach” Zdzisława Skowrońskiego, w reż. Szymona Szurmieja w Teatrze Ziemi Opolskiej. Do 1957 roku pracowała w Opolu, a następnie przeniosła się do lublińskiego Teatru im. Osterwy. W 1963 roku otrzymała nagrodę indywidualną na III KST w Kaliszu za rolę Berty w „Wygnańcach” Jamesa Joyce’a. W latach 60. można ją było oglądać na deskach Teatru Nowego w Łodzi i Teatru Polskiego w Warszawie.
W 1970 roku debiutowała jako reżyser teatralny przedstawieniem „Wszystko w ogrodzie” Edwarda Albee, wystawionym w Teatrze im. Jaracza w Łodzi. W 1971 roku ukończyła studia na Wydziale Reżyserskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Rok później związała się ze stołecznym Teatrem Ochoty, w którym reżyserowała wraz z mężem Janem Machulskim, rzadko pojawiając się na scenie. W 1984 roku wystąpiła w roli księżnej Małgorzaty w „Ryszardzie III” Wiliama Shakespeare’a, w reż. Jana Machulskiego. W Teatrze Ochoty pracowała do połowy lat 90.
Na srebrnym ekranie debiutowała rolą przewodniczki w muzeum w adaptacji powieści Zbigniewa Nienackiego „Wyspa złoczyńców”, wyreżyserowanej w 1965 roku przez Stanisława Jędryka. Była matką Andrzeja (Zbigniew Lesień), asystenta na uniwersytecie w „Indeksie” (1977) Janusza Kijowskiego. Na przełomie lat 70. i 80. pojawiła się w serialach: „Tajemnica Enigmy”, „Tylko Kaśka” i „Białe tango”. Wystąpiła w niewielkiej roli w dramacie „Dolina Issy” (1982) Tadeusza Konwickiego. W latach 2000-2001 wcielała się w babcię Olę, matkę Wandy Tarnawskiej (Ewa Wiśniewska) w serialu „Miasteczko”.
Kilkakrotnie grała w filmach reżyserowanych przez syna, Juliusza Machulskiego. W 1979 roku wystąpiła w filmie telewizyjnym „Bezpośrednie połączenie” (1979) w cyklu „Sytuacje rodzinne”. W „Kingsajzie” (1987) była matką Ewy (Liza Machulska). Wcieliła się w Zofię Stokową, dyrektorkę szkoły pielęgniarskiej w obu seriach serialu „Matki, żony i kochanki” (1995 i 1998). Zagrała epizod w „Superprodukcji” (2002).
Od 1984 roku jest prezesem założonego w 1981 roku Polskiego Ośrodka Międzynarodowego Stowarzyszenia Teatrów dla Dzieci i Młodzieży – ASSITEJ. W 2003 roku została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi w twórczości teatralnej, za osiągnięcia w działalności dydaktycznej”.
Halina Machulska jest żona aktora i reżysera teatralnego Jana Machulskiego. Mają syna Juliusza (ur. 1955, reżyser i scenarzysta).
Filmografia:
- 1998-2003: Miodowe lata - jako Lasakowa
- 2000-2001: Miasteczko - jako babcia Ola, matka Wandy Tarnawskiej
- 1998: Matki, żony i kochanki II - jako Zofia Stokowa, była dyrektorka szkoły pielęgniarskiej
- 1995: Matki, żony i kochanki - jako Zofia Stokowa, była dyrektorka szkoły pielęgniarskiej
- 1987: Kingsajz - jako mama Ewy
- 1982: Dolina Issy - jako Akulonisowa
- 1980: Tylko Kaśka
- 1979: Sytuacje rodzinne: Bezpośrednie połączenie - jako Irena Tietz, siostra Haliny
- 1979: Tajemnica Enigmy - jako celniczka w urzędzie pocztowym
- 1977: Indeks. Życie i twórczość Józefa M. - jako matka Andrzeja
- 1965: Wyspa Złoczyńców - jako przewodniczka w muzeum
















































































































