„Historia Jednej Znajomości” – kiedy kobiecy głos staje się manifestem przeciwko przemocy- odc.1

To nie jest zwykły spektakl. To nie jest zwykła książka. To manifest. Wrażliwy, osobisty, artystyczny i społecznie ważny. „Historia jednej znajomości” to projekt, który zaczyna się od głosu jednej kobiety – Agnieszki Toboty – a kończy się na dziesiątkach, setkach, milionach kobiet, które mogą w tej historii odnaleźć cząstkę siebie. Z potrzeby mówienia i niesienia odwagi powstała książka. Z niej narodził się monodram. A na scenie – emocje, które nie pozostawiają nikogo obojętnym.

O tym, jak sztuka staje się głosem sprzeciwu wobec przemocy, rozmawiamy z twórcami spektaklu: Agnieszką Tobotą – autorką książki, Sylwestrem Biragą – reżyserem oraz Anną Sandowicz – aktorką,

📖 Przeczytaj rozmowę – bo każdy z nas zasługuje na zakończenie swojej historii, w którym odzyskuje siebie.

📚 AGNIESZKA TOBOTA – autorka książki „Historia jednej znajomości”

Skąd pomysł na książkę o przemocy?

To nie był pomysł z głowy, tylko… z życia. A właściwie z superwizji, na której usłyszałam: „Pani pisze takie poruszające posty na Facebooku… może czas na książkę?” A ja, jak to ja – człowiek zadanie: powiesz „zrób”, to zrobię. Los dopisał do tego swój scenariusz. Nagle miałam więcej czasu niż zwykle — w szpitalu, gdzie poza czekaniem na środki przeciwbólowe było dużo… ciszy.
Pomyślałam: „No dobrze, skoro już tu jestem, niech ten czas ma sens”.
Napisałam plan, rozdziały, klasyczne ujęcie przemocy: definicje, fazy, schematy — i wszystko to… wyrzuciłam do kosza. Obok mnie leżała pani, która oglądała „Trudne sprawy”. Patrzę na to i myślę: „Jeśli napiszę książkę takim językiem, to powinnam ją od razu w tym koszu zostawić.” Bo przemoc to nie teoria. To człowiek. I wtedy przyszła do mnie forma dziennika. Bo w dzienniku spotykamy się z życiem. Dziennik pozwala powiedzieć rzeczy, których nie wypowiada się na głos. Tak narodziła się historia — moja i nie moja. Opowieść złożona z historii 22 kobiet i 4 mężczyzn, którzy dali mi kawałek swojej prawdy. Każdy z nich zostawił mi fragment swojej ciemności, żebym mogła pokazać, jak wygląda droga do światła. Więc kiedy ktoś pyta: „Skąd pomysł?” — mówię prosto: Ta książka przyszła do mnie sama. Przyszła z potrzeby serca. Z gniewu, że opowieści o przemocy są spłycane, wyśmiewane, relatywizowane. Z ciszy, w której zbyt długo siedział mój własny głos. Z przekonania, że słowa mogą nie ranić, tylko nazywać. I z wielkiej nadziei, że ktoś, kto ją otworzy, pomyśli: „To o mnie… i jeśli ona mogła, to ja też mogę zacząć od nowa.”

Co było najtrudniejsze – a co najważniejsze – w pisaniu tej historii?

Najtrudniejszy był ból. Ale też — paradoksalnie — właśnie on był najważniejszy. Bo kiedy piszesz historię przemocy, to nigdy nie jest Twoja historia. To są setki, tysiące kobiet, które mówią: „To samo czułam”, „To samo przeżyłam”, „To samo ukrywałam”. I choć wyżej wspomniałam, że książka „przyszła do mnie”, to tak naprawdę przyszła z doświadczeń wielu osób — z tych samych niepokojów, z tych samych cichych wstydów, z tych samych prób zamykania oczu na rzeczy, które i tak wracają. Najtrudniejsze było wracanie do tego bólu. Milczenie choć trudne bywa wygodne. Choć zdajemy sobie sprawę, że milczenie zabija prawdę. Najważniejsze było jednak nazwanie tego — „bez pudru”, bez autocenzury, bez „może nie powinnam”. Po imieniu. Dokładnie tak, jak nazywają to kobiety w gabinecie, kiedy po latach ciszy w końcu pozwalają sobie wypowiedzieć pierwsze zdanie. Chciałam oddać czytelnikom coś więcej niż historię przemocy.
Chciałam pokazać drogę: od zawstydzenia do odwagi, od zranienia do nazwania, od „nie zasługuję” do „mam prawo”. Chciałam, żeby każda kobieta  mogła na chwilę zatrzymać ten ból w dłoniach, spojrzeć mu w oczy i powiedzieć: „To nie jest już miejsce, w którym chcę mieszkać. Mogę odejść. Mogę odzyskać siebie.” Bo najważniejsze jest właśnie to: zrozumieć, że ból może być rozdziałem, ale nigdy nie powinien być całym życiem.

Jak reagują kobiety, które czytają Twoją książkę? O kim jest ta historia?

(chwila milczenia… zawsze jest chwila milczenia przy tym pytaniu)

Kobiety najczęściej mówią: „To tak, jakbyś opisała moje życie. Jakbyś siedziała obok mnie wtedy… kiedy jeszcze nie umiałam tego nazwać.” I to jest dla mnie — za każdym razem — jak uderzenie w serce, ale takie, które otwiera, nie zamyka. Ta książka, choć wyszła spod mojej ręki, nie jest „o mnie”. Jest o nas. O tysiącach kobiet, które przez lata słyszały, że przesadzają. O tych, które przeczekały, bo „dzieci”, „kredyt”, „co ludzie powiedzą”. O tych, które potrafiły udźwignąć cały świat, ale nie mogły udźwignąć tego jednego – wstydu. Bo o tym jest ta historia: o kobietach, które uczono milczeć, a które w sobie nosiły krzyk. Przemoc ma różne twarze: subtelną, głośną, ukrytą, elegancko zapakowaną. Ale mechanizmy… są zaskakująco podobne. Milczenie. Wstyd.
Samoobwinianie. I to nieustanne „może to jednak moja wina”. Dlatego ta książka była próbą przerwania tego łańcucha. Takiego, w którym jedno ogniwo trzyma drugie: lęk trzyma wstyd, wstyd trzyma ciszę, cisza trzyma przemoc. Chciałam pokazać, że te ogniwa można — nomen omen — przekuć na moc. Moc, żeby powiedzieć: „Dość”. Moc, żeby odejść. Moc, żeby zacząć mówić.
Moc, żeby zacząć żyć. Ta historia jest więc o kobietach, które wstają, mimo że boli. O kobietach, które myślą, że są ostatnie na świecie w swoim oświadczeniu — a potem odkrywają, że jest nas cała armia. Cicha. Silna. Poraniona. Niezwykle odważna. To jest historia o tym, że każda z nas może iść PoMOC. Po swoją moc.
Po moc, która zawsze była jej — tylko ktoś kiedyś wmówił, że nie ma do niej prawa.

Co chciałabyś powiedzieć kobiecie, która dziś milczy?

Chcę, żebyś usłyszała jedno zdanie: to, że milczysz, nie znaczy, że nic się w Tobie nie dzieje. Widzę Cię. Nawet jeśli chowasz oczy. Słyszę Cię. Nawet jeśli nie wypowiedziałaś jeszcze ani słowa. Wierzę Ci. Nawet jeśli Ty sama jeszcze nie wierzysz sobie. Milczenie to nie słabość. To sposób przetrwania. Tak nauczył Cię świat. Ale gdzieś pod tym milczeniem pulsuje prawda, która domaga się światła: że jesteś ważna, że Twoje granice istnieją, że Twoje życie nie jest „za karę”. Chcę Ci powiedzieć: Masz prawo przerwać to, co Cię niszczy. Masz prawo odejść — nawet jeśli nikt Cię do tego nie przygotował. Masz prawo prosić o pomoc — i to nie jest porażka. To odwaga. Największa z możliwych. I jeszcze jedno, najważniejsze: Nie jesteś sama. Nigdy nie byłaś. Tylko ktoś wmówił Ci, że masz być cicho, żeby nie przeszkadzać światu. A ja Ci mówię — możesz mówić głośno. A jeśli nie masz jeszcze siły mówić — ja będę mówić za Ciebie. Do czasu aż odzyskasz swój głos.
A odzyskasz.

🎬 SYLWESTER BIRAGA – reżyser

Co Cię poruszyło w historii Agnieszki, że postanowiłeś przenieść ją na scenę?

Ta historia wciągnęła mnie bez reszty. Sięgnąłem po książkę w niedzielny poranek, usiadłem na balkonie i nawet nie zorientowałem się, kiedy przeczytałem ją w całości. Jest w niej prawda. Jest w niej życie. Wchodzi się w tę historię całkowicie – być może dlatego, że napisana jest prostym, płynnym językiem. To właśnie sprawia, że opowieść jest tak fascynująca. W dzisiejszych czasach, kiedy wszystko pędzi, ta książka daje moment zatrzymania. Skłania do refleksji nad tym, co można zrobić z problemem przemocy i jak pomóc osobom, które jej doświadczają. Pozwala też przejrzeć się w tej historii – zarówno jednej, jak i drugiej stronie. To nie jest tak, że można być tylko ofiarą. Granica bywa płynna i trudna – można być jednocześnie ofiarą i sprawcą. To był dla mnie impuls, żeby powiedzieć ze sceny o czymś bardzo ważnym; o czymś, co przez lata było przemilczane lub o czym nie wypadało mówić. W swojej pracy teatralnej staram się poruszać właśnie takie tematy – przełamywać tabu. Choć jeśli powiem, że do realizacji skłoniła mnie również wartkość akcji, też będzie w tym odrobina prawdy. Najważniejsze jest jednak to, że na podstawie prawdziwych opowieści udało się stworzyć spektakl, który – mam nadzieję – porusza do głębi. Chciałem dać widzom chwilę na zastanowienie się: czy byli świadkami przemocy? Jak zareagowali? Czy w ogóle zareagowali, czy może po prostu przeszli obok, wzruszając ramionami, obojętnie? Właśnie to był główny powód, dla którego postanowiłem przenieść tę książkę na scenę.

Jak znaleźć balans między artystyczną formą a społecznym przekazem?

Odpowiem krótko: nie wiem. Kiedy robię spektakl na ważne tematy, kiedy chcę przełamać tabu, skupiam się przede wszystkim na tym, co chcę przekazać. Wydaje mi się, że te treści są najważniejsze dla społeczeństwa i dla widzów. Jeśli mam dobry tekst, forma zazwyczaj rodzi się naturalnie. Oczywiście, przy tak poważnych tematach można „popłynąć artystycznie”, ale wtedy łatwo zgubić sens i myśl, którą chcemy się podzielić. Najważniejszy w teatrze jest dialog z widzem. To podstawa – my wychodzimy na scenę, a ktoś na nas patrzy, słucha. Teatr od zarania dziejów podejmuje ważne tematy społeczne. Wystarczy sięgnąć do antyku, choćby do „Antygony”. Tam również poruszane były dylematy moralne, a bohaterka stała przed tragicznym wyborem. Nasz spektakl, „Historia jednej znajomości”, też mówi o takich dylematach. Niezależnie od tego, jakiego wyboru dokonamy, musimy pamiętać o jego konsekwencjach. To nie jest tak, że wybierzemy coś i nic się nie wydarzy. Każdy nasz ruch uruchamia lawinę zdarzeń – to swoiste fatum. Czy więc szukam balansu? Myślę, że nie jest to kwestia kalkulacji, ale rozmowy z widzem. Mówimy do niego o sprawach istotnych, a to on ostatecznie ocenia, czy wizja artystyczna współgra ze społecznym przekazem. Te dwie sfery są ze sobą nierozerwalnie połączone.

Czy sztuka ma obowiązek reagować na trudne tematy – takie jak przemoc?

Unikałbym słowa „obowiązek”. Nie wiem, czy sztuka w ogóle powinna mieć jakiekolwiek odgórne powinności. Wiem natomiast, że warto podejmować trudne tematy – w teatrze, filmie, słuchowisku, we wszelkich formach performatywnych. Istotą sztuki nie jest bowiem tylko rozrywka. Historia polskiego i światowego teatru pokazuje, że wielokrotnie wchodził on w ważny dyskurs społeczny. Sztuka ma moc przełamywania tabu. Dzięki formie teatralnej łatwiej jest dotrzeć do odbiorcy, bo teatr budzi żywe uczucia. Widzę to na przykładzie naszego spektaklu „Historia jednej znajomości”. Zagraliśmy go już kilka razy i obserwuję, jak emocje, które aktorka, Ania, gra na scenie, przenoszą się na widownię. Cała ta historia wywołuje bardzo silny odbiór. A czymże jest sztuka, jeśli nie właśnie wywoływaniem emocji? Dlatego uważam, że sztuka może reagować na przemoc, ale nie musi. Słowo „obowiązek” kojarzy mi się z oświeceniowym podejściem: „uczy, bawi, wychowuje”. Być może warto do tego wracać, ale nie na zasadzie przymusu. Najlepsze efekty mamy wtedy, gdy twórca podejmuje świadomą decyzję: „chcę zająć się tym tematem”. Niezależnie czy to spektakl, obraz, film czy piosenka w popkulturze – najważniejszy jest autentyczny impuls, a nie narzucony nakaz.

Jak wyglądała praca z tak emocjonalnym, intymnym materiałem?

Gdybym powiedział, że ta praca niczym się nie różniła od innych, byłoby w tym tyleż prawdy, co kłamstwa. To materiał, który wymagał ode mnie i od Ani Sandowicz ogromnego, wzajemnego zaufania. Wchodząc w „Historię jednej znajomości”, dotykamy bardzo czułych strun. To praca na dużej intymności, wymagająca ostrożności, bo operujemy emocjami, których na co dzień wolelibyśmy unikać. Proces opierał się przede wszystkim na rozmowach i badaniu granic: jak daleko możemy się posunąć, opowiadając tę historię. Dzięki zaufaniu mogliśmy poruszać trudne tematy i dzielić się własnymi doświadczeniami. Była to forma zwierzania się, dotykania czułych punktów w naszej psychice. Opowiadaliśmy sobie o rzeczach, które zazwyczaj skrywamy głęboko w środku. Adaptacja książki na monodram była trochę jak stąpanie po cienkim lodzie. Widzowie spektaklu wiedzą, że są momenty, w których Ania wchodzi w bardzo silne stany emocjonalne, by za chwilę musieć z nich wyjść. Taka jest specyfika tego zawodu – umiejętność szybkiego wchodzenia w rolę i wychodzenia z niej, mimo że nie mamy na to wiele czasu na scenie. To była praca na żywym organizmie, bazująca na naszych przeżyciach – czasem zastanawianiu się, czy sami byliśmy świadkami lub ofiarami przemocy. To delikatny proces. Nazywając pewne rzeczy po imieniu, można – nawet nieświadomie – wyrządzić sobie krzywdę, rozdrapując stare rany. To wchodzenie, kolokwialnie mówiąc, z butami w naszą emocjonalną historię przekłada się jednak na to, co widz widzi na scenie. Mam pełną świadomość kosztów tej pracy. Wiem, że po każdym spektaklu Ania potrzebuje dobrych kilkunastu minut w ciszy, żeby „wyjść” z postaci, którą gra. To wyciszenie jest niezbędne, choć trudne – ale, jak wspomniałem, jest to ryzyko wpisane w nasz zawód.

🎭 ANNA SANDOWICZ – aktorka

Jak przygotowywałaś się do roli kobiety, która przeżyła przemoc?

Postać Ani, którą stworzyła Agnieszka w swojej książce od razu była mi bardzo bliska. Sama w swoim życiu przeszłam różne doświadczenia, przeżyłam różne chwile, w tym niestety również i przemoc. W przeszłości byłam w przemocowym związku, w którym doświadczyłam przemocy psychicznej. Nie boję się o tym mówić. Kiedy przeczytałam „Historię jednej znajomości” zrozumiałam jak historia Ani jest dla mnie ważna i bliska. Dlatego dosyć szybko weszłam w postać Ani. Bardzo szybko się z nią zaprzyjaźniłam, zespoliłam i utożsamiłam. 

Czy ten spektakl zostaje z Tobą po zejściu ze sceny?

Zdecydowanie. Jeżeli chodzi o moją psychikę nauczyłam się wychodzić szybko z postaci, z jej problemów i odczuć. Natomiast moje ciało nie udaje. Ono naprawdę płacze, naprawdę krzyczy. To głęboko przeżywane emocje. Kiedy aktor jest w przeżyciu,  jego ciało autentycznie przechodzi przez ten proces.  Łzy nie są sztuczne, autentycznie lecą. Ciało przeżywa tu i teraz, za każdym razem dramat. Dlatego moje ciało wychodzi bardzo długo po spektaklu, jest zmęczone, wyczerpane, potrzebuje relaksu i ciszy.

Jakie emocje pojawiają się wśród widzów?

Ogromne. Słyszę płacz na widowni, słyszę cichy szloch, przyspieszone oddechy. Po spektaklu podchodzą kobiety, które dziękują, które przytulają się bez słów. Mówią, że ten spektakl był dla nich punktem zwrotnym. Ale też mężczyźni – wstrząśnięci, milczący, poruszeni. To doświadczenie, które dotyka wszystkich.

Czego nauczyłaś się o sile kobiet dzięki tej pracy?

Że jesteśmy potężne. Ale też – że potrzebujemy siebie nawzajem. Musimy się wspierać, mówić do siebie: „Nie bój się. Możesz. Dasz radę.” Strach nas paraliżuje, ale wspólnota daje siłę. My kobiety musimy się trzymać razem, my kobiety musimy się wspierać. Przede wszystkim takim ważnym przekazem jest to : musimy sobie to wspólnie powiedzieć, nazwać, rozpoznać(rozszyfrować te przemoc), żeby przestać się bać. Dlatego, że strach nas blokuje. Ta zmowa milczenia, jeżeli chodzi o przemoc cały czas funkcjonuje. Jednak jeśli będziemy razem, będzie łatwiej się wyzwolić z tego kręgu przemocy. Bo my kobitki jesteśmy bardzo silne. Jesteśmy w stanie przeżyć i znieść wszystko. Jeśli chodzi o naszą psychikę, nawet lekko bym zaryzykowała tutaj mówiąc, że jesteśmy mocniejsze i odporniejsze na stres, niż mężczyźni. Bądźmy po prostu w babskiej komitywie i się wzajemnie wspierajmy. Dziękuję.

🔗 Przeczytałaś? Teraz działaj!

Jeśli ta rozmowa Cię poruszyła – nie zatrzymuj emocji dla siebie.
👠 Udostępnij ten materiał innej kobiecie.
📖 Sięgnij po książkę „Historia jednej znajomości”.
🎭 Zobacz spektakl w Teatrze Druga Strefa.
💬 I powiedz sobie – „Widzę Cię. Wierzę Ci.”

Skontaktuj się z nami jeżeli ten wywiad uruchomił w Tobie negatywne emocje.

Fundacja A.R.T. — wsparcie psychologiczne, prawne, interwencyjne.
📞 600 559 229
📧 pomoc@fundacjaart.pl
🌐 www.przeciwprzemocy.pl
☎️ Dyżur „Help Desk Emocjonalny”: wtorki 16:00–20:00

Jeśli jesteś w bezpośrednim zagrożeniu — dzwoń pod 112.

Agnieszka Tobota Prezeska Fundacji A.R.T.  

Fot. Jowita Pietrak

Pedagożka z wieloletnim doświadczeniem pracy z młodzieżą i rodzinami, w tym dotkniętymi przemocą (Studium Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie). Certyfikowana trenerka Treningu Zastępowania Agresji (ART); prowadzi konsultacje, warsztaty profilaktyczne, grupy wsparcia oraz szkolenia z kompetencji wychowawczych i społecznych. Wspiera rodziny w rozwiązywaniu problemów opiekuńczo-wychowawczych. Autorka książki „Historia jednej znajomości”, na podstawie której powstał monodram o tym samym tytule.

FUNDACJA A.R.T.  Od 2008 roku tworzymy bezpieczne, życzliwe przestrzenie dla dzieci, młodzieży, rodzin i seniorów. Specjalizujemy się w pomocy osobom doznającym przemocy, profilaktyce i edukacji – prowadzimy konsultacje, programy i kampanie społeczne, a także konferencje i szkolenia dla specjalistów. Nasz cel: realna zmiana i trwałe wzmocnienie – od pierwszej rozmowy po długofalowe wsparcie.

Sylwester Biraga Reżyser, scenograf, aktor.

 Fot. Lukas Klimek

Założyciel i dyrektor Teatru Druga Strefa, absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie. Były dyrektor Studium Animatorów Kultury Teatralnej (1999–2005). Reżyser ponad 90 spektakli; laureat Nagrody Dziennikarzy Coups de Coeur (Avignon 2009) i nagrody Andriyevsky Fest (Kijów 2019). Odznaczony Brązowym Medalem Gloria Artis (2009).

Anna Sandowicz Aktorka Aktorka

Absolwentka PWSFTviT w Łodzi; laureatka konkursu poezji śpiewanej Canticum Poeticum. Współpracowała z Teatrem Muzycznym Roma („Miss Saigon”, „Koty”), a od 2010 r. związana z Teatrem Polskim w Poznaniu (debiut w „Trupie” E. Coble’a). Ma w dorobku liczne role dramatyczne i muzyczne, łącząc warsztat aktorski z umiejętnościami wokalnymi.

TEATR DRUGA STREFA Jedna z pierwszych warszawskich, niepublicznych scen repertuarowych (od 1989/1997), z siedzibą w postindustrialnej przestrzeni przy ul. Magazynowej 14a (Mokotów). Teatr Sylwestra Biragi to otwarte miejsce twórczej wymiany: własne premiery, produkcje offowe i projekty niezależne – wiarygodny partner dla wydarzeń kulturalnych i projektów CSR

#HistoriaJednejZnajomości #KulturaMaGłos #ManagerNaObcasach #NieJestemZgoda #StopPrzemocy #AgnieszkaTobota #AnnaSandowicz #SylwesterBiraga #TeatrZmienia #KobiecośćMaSiłę #FundacjaART #MonodramSpołeczny

Podobne wpisy