Widzę Cię. Wierzę Ci. – Rozmowa z Agnieszką Tobotą -kobietą, która działa, bo nie jest to modne, a dlatego, że w to wierzy.
Dlaczego zaangażowałaś się w temat przeciwdziałania przemocy?
Przemoc to podstępny przeciwnik. Zaczyna się cicho – od słów, od chłodu w spojrzeniu, od braku wsparcia. Nie zawsze zostawia siniaki, ale zawsze zostawia ślady. Wiem, jak trudno się z tego wydostać. Wiem, jak bardzo potrzeba kogoś, kto nie zapyta „dlaczego nie odeszłaś?”, tylko powie: „widzę Cię, wierzę Ci”.
Dziś, po 17 latach pracy w Fundacji A.R.T., coraz częściej słyszę od kobiet: „Pani mi naprawdę wierzy? Bo wszyscy inni mnie ignorują albo traktują jak wariatkę”. A ja naprawdę wierze. Wierze i czuję, co mówisz.
Czy działalność społeczna to misja czy odpowiedzialność?
Dla mnie to jedno i to samo. To odpowiedź serca na coś, co boli – we mnie, w innych, w świecie. To nie plan z Excela. To nie jest strategia marketingowa. To odruch, który nie pozwala przejść obojętnie, gdy widzę cierpienie.
Jak wygląda codzienność pracy w Fundacji A.R.T.?
To trochę jak jazda „rollercoasterem emocji”. Jednego dnia pomagasz kobiecie zrozumieć, ze związek w którym jest to związek przemocowy, drugiego – organizujesz warsztaty w szkole, trzeciego – odbierasz telefon o 23:00 od mamy, która nie wie, gdzie dziś uciec z dzieckiem. To codzienność, która nie zna schematów. Ale zna sens.
Co jest najtrudniejsze w działaniach społecznych?
Bezsilność. Gdy wszyscy widzą przemoc, a nikt nie reaguje. Gdy służby mówią: „to tylko konflikt rodzinny”. Gdy dzieci z traumą trafiają do systemu, który ich nie chroni, tylko przesłuchuje. W takich chwilach serce pęka, ale właśnie wtedy trzeba zostać. Trzeba być. Jeszcze bardziej.
A co daje największą satysfakcję?
Te małe wielkie chwile. Gdy ktoś mówi: „pierwszy raz ktoś mnie wysłuchał i nie ocenił”. Gdy dziecko po zajęciach mówi: „już wiem, że nie muszę się bać”. Gdy kobieta po latach milczenia mówi: „już wiem, że to nie moja wina”. To są iskry, które rozpalają siłę, by działać dalej.
Czy da się pogodzić działania społeczne z życiem prywatnym?
Uczę się tego każdego dnia. Bo łatwo się zatracić. Ale zrozumiałam, że pomaganie nie może oznaczać rezygnacji z siebie. To też mówię kobietom, które do nas trafiają: masz prawo o siebie zadbać. Bo tylko wtedy masz siłę, by zadbać o innych.
Co powiedziałabyś osobie, która dopiero zaczyna działać społecznie?
Nie musisz od razu zmieniać świata. Zacznij od czyjegoś jednego dnia. Bądź uważna. Bądź obecna. Nie boj się emocji – to one Cię poprowadzą. I pamiętaj: nie jesteś sama.
Zostałaś nominowana do nagrody- „Okulary ks. Kaczkowskiego. Nie widzę przeszkód”
To nominacja, która zobowiązuje. Właściwie, to już czują się wygraną. Z radością i wzruszeniem przyjęłam wiadomość, że znalazłam się w gronie 10 nominowanych do Nagrody „Okulary ks. Kaczkowskiego – Nie widzę przeszkód”. To wyróżnienie przyznawane osobom, które pomimo trudności – dostrzegają więcej niż inni: potrzeby, samotność, cierpienie, a przede wszystkim potencjał do czynienia dobra. To już 5. edycja tej nagrody. Wśród tegorocznych nominowanych są m.in.:
- Elżbieta Ferenc (Fundacja Adullam),
- Magdalena Grycman (SPOTiR Kwidzyn),
- Fundacja Dziecięca Fantazja,
- Instytut Dobrej Śmierci,
- Beata Hernik-Janiszewska (Hospicjum dla Dzieci Wrocław),
- Katarzyna Nicewicz (Fundacja Daj Herbatę),
- Alicja Bezmienow (Fundacja Sanitatis),
- Danuta Kowal (Hospicjum w Wiśniowej),
- Joanna Warczak (WTZ Chojnice).
Udział w tej grupie to dla mnie zaszczyt i przypomnienie, że największe zmiany zaczynają się od najprostszych gestów.
Ale liczysz na nagrodę?
Ha. Już jestem wygraną. A liczę przede wszystkim na siebie — to inwestycja, która się po prostu opłaca. Mam wokół fajnych ludzi i rodzinę, która jest moim azylem. Cieszę się, że poznam wszystkich nominowanych. Nie mogę się doczekać.
Niech ta rozmowa będzie nie tylko historią, ale też zaproszeniem do działania. Bo – tak jak mówię każdej kobiecie, która puka do drzwi fundacji: Widzę Cię. Wierzę Ci.










